Piotr zginął pod kołami autobusu. Sprawca zamordowany w Meksyku

2026-03-23 9:51

Ta historia szokuje na wielu płaszczyznach. Piotr K. z Pabianic w województwie łódzkim nie zdążył powiedzieć sakramentalnego „tak” swojej narzeczonej Aleksandrze. Mężczyzna zginął kilka miesięcy przed zaplanowaną na kwiecień 2015 roku ceremonią, gdy napastnicy wrzucili go pod koła miejskiego autobusu. Kolejny dramat rozegrał się w dalekim Meksyku.

Śmierć rowerzysty w Pabianicach. Piotr K. zginął pod kołami autobusu

Para budowała wspólną przyszłość w nowym domu pod Pabianicami i odliczała dni do uroczystości zaślubin. Zakochani mieli już zarezerwowaną salę weselną, umówiony termin w parafii oraz opłacony zespół muzyczny. Kiedy 30-letnia Aleksandra żegnała się z narzeczonym w środę 10 grudnia 2014 roku przed wyjściem do pracy, nie miała pojęcia, że widzi go po raz ostatni. Kobieta nie mogła przewidzieć, że ich wspólne życie zostanie brutalnie przerwane tego samego dnia.

Zbliżała się godzina czternasta, gdy rowerzysta założył kask ochronny i ruszył w drogę do swojej firmy. Mężczyzna przejechał przez Pabianice i skierował się na ulicę Nawrockiego, gdzie nagle drogę zablokowało mu osobowe Renault Megane. Sfrustrowany cyklista pokazał kierowcy wulgarny ges - środkowy palec. To wywołało furię u 19-letniego Kamila K. prowadzącego pojazd oraz jego dwóch towarzyszy, 20-letniego Konrada B. i 27-letniego Łukasza G.

Samochód błyskawicznie minął jednoślad i zatrzymał się tuż przy lokalnym targowisku. Konrad B. oraz Łukasz G. natychmiast opuścili pojazd i ruszyli w stronę nadjeżdżającego Piotra K. Młodszy z pasażerów z ogromną siłą zepchnął ofiarę prosto pod nadjeżdżający autokar komunikacji miejskiej. Poszkodowany rozbił głowę o szybę pojazdu i upadł na jezdnię w kałuży krwi, ponosząc śmierć na miejscu zdarzenia. Sprawcy natychmiast wsiedli z powrotem do auta i zbiegli, próbując uniknąć odpowiedzialności.

- To był taki dobry człowiek. Co on im zrobił? - rozpaczała po śmierci ukochanego pani Aleksandra. - Wspólnie zaplanowaliśmy nasze życie. Oni zabili te marzenia - mówiła zszokowana kobieta, cytowana przez "Super Express".

Poszukiwania sprawców i proces. Sąd w Łodzi wydał wyrok

Funkcjonariusze policji natychmiast przystąpili do działań mających na celu ujęcie uciekinierów. Dzięki naocznym świadkom, którzy zanotowali numery rejestracyjne Renault, mundurowi jeszcze tego samego popołudnia zjawili się w miejscu zamieszkania Kamila K., jednak mężczyzna zdążył uciec. Kierowca zgłosił się do jednostki policji z własnej woli w czwartkowy wieczór, a w sobotni poranek jego śladem poszli również Konrad B. oraz Łukasz G.

Śledczy oskarżyli Konrada B. o dokonanie zabójstwa, natomiast pozostali mężczyźni usłyszeli zarzuty usiłowania pobicia o charakterze chuligańskim. Sprawa trafiła na wokandę Sądu Okręgowego w Łodzi w październiku 2015 roku. To właśnie na sali rozpraw oskarżeni po raz pierwszy musieli zmierzyć się ze spojrzeniami rodziny zmarłego Piotra K.

- Chcieliśmy przeprosić za to, co się stało - mówili.

Żaden z oskarżonych nie przyznał się do popełnienia zarzucanych czynów. Konrad B. przekonywał zgromadzonych, że nie miał zamiaru nikogo zabić, a tragiczny finał był jedynie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności.

- On nas sprowokował wulgarnym gestem, gdy jechaliśmy autem. Gdyby tego nie zrobił, nic by się nie wydarzyło - przekonywał sąd.

Przedstawiciel oskarżyciela publicznego domagał się dla Konrada B. piętnastu lat pozbawienia wolności za morderstwo. Sędzia zdecydował się jednak na zmianę kwalifikacji czynu, uznając go za winnego pobicia ze skutkiem śmiertelnym, co zaowocowało karą ośmiu lat za kratkami. Łukasz G. został skazany na 4 lata więzienia, podczas gdy Kamil K. został skazany na dwuletni pobyt w zakładzie karnym.

- Uznaję oskarżonych za winnych temu, że wspólnie i w porozumieniu z błahego powodu wzięli udział w pobiciu Piotra K., powodując jego śmierć, przy czym działali nieumyślnie, nie spodziewając się, że poszkodowany wpadnie pod autobus - uzasadniał wyrok sędzia Ryszard Lebioda.

Adwokaci skazanych złożyli apelację, jednak Sąd Apelacyjny w Łodzi nie zmienił pierwotnego werdyktu i utrzymał kary w mocy. Ponad dekadę po tragicznej śmierci rowerzysty los napisał nieoczekiwany epilog. W maju zeszłego roku Konrad B., oskarżony w sprawie tragedii w Pabianicach, stracił życie w meksykańskiej Tijuanie. Został on brutalnie zasztyletowany na ulicy przez przypadkową osobę w ramach lokalnego samosądu, który, jak donosiły miejscowe środki masowego przekazu, był reakcją na jego nieodpowiednie zachowanie wobec pięcioletniego dziecka. Sprawca tego śmiertelnego ataku został ujęty przez organy ścigania.

Pokój zbrodni - zrzucili Grzegorza z mostu