Więzili 26-letnią Monikę i wykorzystywali ją w mieszkaniu. Szczegóły dramatu mrożą krew w żyłach

26-letnia Monika została uwięziona przez oprawców w łódzkim mieszkaniu, gdzie nie miała nawet dostępu do światła dziennego. Trzech sprawców przez osiem dni bezwzględnie wykorzystywało młodą kobietę. Agresorzy traktowali ją w sposób nieludzki, katując i maltretując bez najmniejszych skrupułów oraz litości dla jej stanu zdrowia. Choć ostatecznie zdołała uciec z tego piekła, początkowo nie chciała informować służb, w obawie o życie swoje oraz swoich bliskich. Zaniepokojona matka wezwała w końcu pomoc medyczną, jednak życia 26-latki nie udało się ocalić. Okoliczności tej tragedii do dziś przerażają do szpiku kości.

Kobieta na co dzień mieszkała w Zgierzu, a dwóch ze swoich przyszłych katów spotkała 19 lipca 2017 roku w pojeździe komunikacji miejskiej. Do dziś nie jest w pełni jasne, w jakich okolicznościach 26-latka zdecydowała się pojechać do lokalu jednego z nich, zlokalizowanego na łódzkim osiedlu Dąbrowa. Z informacji przekazywanych przez media wynika, że mężczyzna zaproponował jej wspólne spędzenie czasu, a ona przystała na tę propozycję. Śledczy nie mają jednak całkowitej pewności, czy zadziałał tu podstęp, presja, czy zwykły urok osobisty.

- Wszystko wskazuje na to, że prawdopodobnie do lokalu weszła dobrowolnie. Ale nie ulega wątpliwości, że została potem uwięziona w środku - mówił po zakończeniu śledztwa Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury okręgowej.

Sonda
Czy kary za molestowanie seksualne powinny być wyższe?

Na tragiczną w skutkach decyzję mogły mieć wpływ wcześniejsze, skomplikowane losy pokrzywdzonej. Z doniesień stacji TVN wynikało, że dziewczyna przewlekle chorowała, przyjmowała silne medykamenty, zmagała się z problemami neurologicznymi i edukacyjnymi, a w wieku 21 lat doznała udaru. Farmakoterapia doprowadziła do znacznego przyrostu masy ciała, co z kolei zrujnowało jej samoocenę. Pojawiły się również problemy z alkoholem, z którymi jednak skutecznie zawalczyła na odwyku. Możliwe, że pragnąc odrobiny normalności, uwierzyła nieznajomemu, który zapewniał o trwającej w mieszkaniu imprezie z udziałem innych kobiet. Z pewnością nie mogła przewidzieć tak makabrycznego scenariusza. Choć pewne szczegóły pozostają w sferze nieoficjalnych informacji, nie ulega wątpliwości, że po wejściu do mieszkania zaczął się dla niej prawdziwy koszmar.

Rodzina poszukiwała 26-letniej Moniki. Kobieta była więziona w mieszkaniu

Mężczyźni błyskawicznie zamknęli lokal na klucz, co stanowiło początek izolacji kobiety od świata zewnętrznego. Zaniepokojeni bliscy natychmiast zgłosili zaginięcie 26-latki organom ścigania, co uruchomiło szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą. Zaangażowano w nią liczne służby i osoby prywatne, jednak zaginiona dosłownie zapadła się pod ziemię. Funkcjonariusze sprawdzali popularne miejsca, w których mogła przebywać, drobiazgowo analizowali nagrania z kamer monitoringu i próbowali odtworzyć jej trasę. Żadne z tych działań nie przyniosło jednak przełomu.

W tym samym czasie uwięziona kobieta walczyła o przetrwanie. Bandyci bez owijania w bawełnę zakomunikowali jej, że wyjście z lokalu jest wykluczone, a jakakolwiek próba wezwania pomocy zakończy się śmiercią nie tylko jej, ale i jej ukochanej mamy. Całkowicie ubezwłasnowolniona Monika nie miała szans na ratunek. Sprawcy zmuszali ją do picia alkoholu, znęcali się nad nią fizycznie i psychicznie, szarpali, upokarzali i gasili na jej skórze papierosy. Śledczy udowodnili, że oprawcy dopuścili się również brutalnych gwałtów. Według części ustaleń początkowo w mieszkaniu znajdowało się dwóch mężczyzn, a trzeci z nich dołączył dopiero następnego dnia. Mimo regularnego wychodzenia z lokalu sprawcy zawsze starannie zabezpieczali drzwi. Nikt z otoczenia nie usłyszał dramatycznych okrzyków i nie zawiadomił policji. Medialne źródła sugerują, że w mieszkaniu zawsze pozostawał przynajmniej jeden wartownik, który terroryzował ofiarę i nakazywał jej poruszanie się na czworakach, by nie została dostrzeżona przez okno.

Przewodnicząca składu orzekającego, sędzia Monika Gradowska, przypomniała na sali sądowej, że w okresie od 19 do 27 lipca 2017 roku sprawcy przy użyciu bezwzględnej siły zmuszali kobietę do współżycia. Działali w sposób zorganizowany i wyjątkowo bestialski.

- Wbrew woli kobiety, odbywali z nią stosunki seksualne, które spowodowały u niej rozległe obrażenia narządów płciowych – podkreślała sędzia.

Sprawcy fotografowali cierpienie 26-latki. Szokujące materiały w pamięci urządzeń

Obrażenia ciała pokrzywdzonej były drastyczne. Biegli odzyskali z telefonu jednego z oprawców przerażające zdjęcia, które były ostatecznym i niepodważalnym dowodem na potworną skalę przemocy stosowanej wobec Moniki.

Przetrzymywanie w zamknięciu wiązało się z ciągłymi torturami. Poza aktami przemocy seksualnej mężczyźni nie pozwalali jej zasnąć, nieustannie naruszali jej nietykalność, pluli na nią, podduszali i aplikowali jej oparzenia. Koszmar trwał nieprzerwanie.

Po upływie ponad tygodnia makabrycznych działań agresorzy stracili zainteresowanie 26-latką. W trakcie dochodzenia ustalono, że zbrodniarze narzekali na zapach wydzielany przez poszkodowaną. Właśnie wtedy udało jej się uciec z mieszkania. Zanim to jednak nastąpiło, sprawca o personaliach Grzegorz K. jednoznacznie zastraszył ofiarę, grożąc wymordowaniem jej rodziny w przypadku zawiadomienia służb.

Kobieta w pierwszej kolejności udała się do mieszkającego w pobliżu kolegi. Była w głębokim wstrząsie i załapaniu nerwowym, odmawiając jakichkolwiek wyjaśnień. To właśnie znajomy powiadomił matkę o odnalezieniu córki. Radość z faktu, że 26-latka żyje, przeplatała się z absolutnym przerażeniem jej stanem. Uznana wcześniej za zaginioną ofiara szła w zaparte, twierdząc, że spędzała czas ze znajomymi. Sparaliżowana strachem wolała milczeć, świadoma brutalności swoich katów. Zataiła prawdę również przed mundurowymi, zapewniając ich podczas przesłuchania, że bawiła się na imprezie i nie doszło do żadnego przestępstwa.

Dramatyczne wyznanie ofiary. Zapłakana Monika opowiedziała mamie o horrorze

Bariera milczenia pękła dopiero w trakcie kolejnej, szczerej rozmowy z rodzicielką. Zalana łzami dziewczyna zdecydowała się wyjawić mroczną prawdę.

- Była poniżana, bita i brutalnie gwałcona. Cierpiała tak, jak człowiek może tylko cierpieć za życia - wyjawiła w rozmowie z TVN24 pani Katarzyna, matka Moniki.

Mimo zapewnień o dobrym samopoczuciu stan 26-latki zauważalnie słabł. Gdy tylko matka dostrzegła rozległe zasinienia, wezwała zespół ratownictwa medycznego. Młoda pacjentka wylądowała na szpitalnym oddziale, gdzie lekarze stoczyli trudną walkę o jej przetrwanie. Skutki brutalnego znęcania się okazały się jednak nieodwracalne. Równo miesiąc po uprowadzeniu, w sierpniu 2017 roku, Monika zmarła. Specjaliści przeprowadzający autopsję orzekli, że to doznane w trakcie uwięzienia rany i związane z nimi powikłania były bezpośrednią przyczyną zgonu.

- W trakcie śledztwa korzystaliśmy w dużej mierze z wiedzy, którą poszkodowana zdołała przekazać matce. Niestety, stan ofiary przemocy był tak zły, że nigdy nie udało się jej przesłuchać – mówił prokurator Kopania w rozmowie z TVN-em.

Wkrótce po tragicznym finale funkcjonariusze wytypowali osoby odpowiedzialne za porwanie i znęcanie się. Zatrzymano Grzegorza K., Sebastiana T. oraz Tomasza K., do którego należało wytypowane mieszkanie. Podejrzenia okazały się strzałem w dziesiątkę, co potwierdziły zebrane dowody rzeczowe. Jak informował „Super Express”, mężczyźni mieli dokonywać okaleczeń używając nawet kija od szczotki. Dokumentacja fotograficzna uwieczniająca te czyny całkowicie zaszokowała doświadczonych śledczych, w tym prokuratora Kopanię, który przyznał, że zdjęcia wymykają się wszelkiemu pojęciu o ludzkim zachowaniu. Istniały przesłanki sugerujące chorobę psychiczną napastników, jednak wnikliwe testy psychiatryczne udowodniły, że cała trójka doskonale wiedziała, co robi.

Zatrzymani kłamali w trakcie przesłuchań. Twierdzili, że 26-latka była tam dobrowolnie

Na wstępnym etapie prac Prokuratura Łódź-Widzew oskarżyła mężczyzn wyłącznie o napaść seksualną, pomijając fakt bezprawnego uwięzienia. Oskarżeni szli w zaparte, wmawiając mundurowym, że poszkodowana przebywała z nimi na własne życzenie. Dodatkowo w ramach postępowania do aresztu trafiło zaledwie dwóch podejrzanych, ponieważ sąd uznał, że dla trzeciego nie ma takiej konieczności.

Zaskakujące i łagodne podejście wymiaru sprawiedliwości wzbudziło ogromne wzburzenie w społeczeństwie, które oczekiwało zdecydowanych i twardych reakcji. Kolejne audyty ujawniły elementarne braki w prowadzonym dochodzeniu, zwłaszcza w kwestii zabezpieczania śladów na miejscu przestępstwa. O nieprawidłowościach mówił bezpośrednio ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który objął sprawę specjalnym nadzorem.

- Mogę jedynie powiedzieć, że zaniedbania miały charakter elementarny, a w czasie działań czas ma olbrzymie znaczenie. Nie można godzić się na traktowanie takich spraw po macoszemu. Nie można godzić się, aby prokuratura postępowała bezdusznie wobec tak okrutnych przestępstw – podkreślał minister.

Szybko wdrożono zapowiadane działania dyscyplinarne. Stanowisko utraciła wiceszefowa prokuratury rejonowej dla Łodzi-Widzewa, Lidia Zarzycka-Rzepka, która kontrolowała ten referat. Wyciągnięto także konsekwencje wobec prokuratora nadzorującego śledztwo, a ostatni z katów 26-latki również został tymczasowo aresztowany, na wniosek ministerstwa.

Finał głośnej sprawy z Łodzi. Sprawcy skazani, ale uniknęli dożywocia

Proces karny zainaugurowano w 2018 roku przed łódzkim Sądem Okręgowym, całkowicie wyłączając jawność rozpraw ze względu na dobro zmarłej. Oskarżyciele poszerzyli treść aktu oskarżenia, opierając się na ekspertyzach medycznych, które jasno wskazywały na związek przyczynowo-skutkowy między katowaniem a zgonem. Prokuratura walczyła o najwyższą dostępną w kodeksie karę, czyli dożywocie.

Wyrok w tej bulwersującej sprawie odczytano 8 czerwca 2020 roku. Wszyscy mężczyźni odpowiedzieli za zrujnowanie i przedwczesne zakończenie życia mieszkanki Zgierza, choć sąd nie przychylił się do wniosku o dożywotnią izolację, wymierzając im po 25 lat za kratami. Jednemu ze sprawców, Grzegorzowi K., doliczono dodatkowe sankcje za kierowanie gróźb karalnych wobec ofiary i jej bliskich. Skład sędziowski zasądził także od zbrodniarzy wypłatę 250 tysięcy złotych jako zadośćuczynienie dla matki.

Przedstawiciele oskarżyciela publicznego uznali karę za absurdalnie zaniżoną w stosunku do wagi popełnionego przestępstwa. Oburzenia nie kryła także rodzina dziewczyny i liczni obserwatorzy relacji sądowych. Tragedia, jaka rozegrała się na łódzkiej Dąbrowie, do dziś uznawana jest za jedną z najbardziej odrażających w rodzimej kryminalistyce.

Matka i dwoje dzieci ciężko ranni | Pokój Zbrodni