Skazany "król dopalaczy" zapadł się pod ziemię. Zdumiewające kulisy ucieczki Dawida Bratko

2026-03-26 11:29

Mimo prawomocnego wyroku więzienia, twórca imperium dopalaczy wciąż cieszy się wolnością. Sąd odrzucił w przeszłości wniosek o areszt, a Dawid Bratko po prostu zniknął bez śladu. Organy ścigania szukają go listem gończym, o którym próżno jednak szukać głośnych komunikatów w mediach. "Król dopalaczy" nie stawił się do odbycia kary po zapadnięciu prawomocnego wyroku. Zamiast tego, uciekł i nie wiadomo, gdzie się znajduje.

Jako pierwsi dotarliśmy do sensacyjnych informacji dotyczących losów niesławnego "króla dopalaczy". Okazuje się, że pomimo ostatecznego orzeczenia sądu z 20 marca 2023 roku, mężczyzna nigdy nie przekroczył bramy zakładu karnego. Wymiar sprawiedliwości zdecydował wtedy o podwyższeniu pierwotnego wyroku z trzech i pół roku do czterech lat oraz dziesięciu miesięcy za kratami, pozostawiając resztę postanowień bez zmian. Zastanawiający jest więc fakt, w jaki sposób skazany wciąż przebywa na wolności. Przedstawiciel sądu, zapytany w korespondencji elektronicznej, wprost przyznał, że przedsiębiorca zignorował wezwanie do stawienia się w wyznaczonej placówce.

Sonda
Jak oceniasz działania wymiaru sprawiedliwości wobec Dawida Bratko, czyli tzw. "króla dopalaczy"?

- Wyjaśniam, że postanowieniem z 16 maja 2024 roku Sąd Okręgowy w Łodzi zarządził poszukiwania listem gończym skazanego Dawida B., z uwagi na fakt, iż skazany nie zgłosił się do odbycia kary pozbawienia wolności i w wyniku przeprowadzonych czynności nie doprowadzono do jego zatrzymania - napisał SSO Grzegorz Gała, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Łodzi.

Informacja o poszukiwaniach zbiega widnieje w internetowej bazie organów ścigania, jednak nosi zastanawiającą datę 29 stycznia 2026 roku. Oznacza to odstęp blisko trzech lat od wydania ostatecznego orzeczenia oraz przeszło półtora roku od oficjalnego wystawienia nakazu aresztowania. Pozostaje niewiadomą, czy komunikat umieszczono w sieci z opóźnieniem, czy też system zaktualizował wpis, generując nietypowy znacznik czasowy. Cała procedura sprawia wrażenie wyciszonej, gdyż żadne służby nie nagłaśniały faktu ścigania słynnego twórcy narkotykowego imperium. Prasa milczała zarówno o samym skazaniu prawomocnym, jak i o tym, że uciekinier bezkarnie przebywa na wolności. Dopiero nasze dziennikarskie śledztwo po latach rzuciło światło na tę sytuację.

W trakcie trwającego procesu prokuratura domagała się zamknięcia oskarżonego w tymczasowym areszcie, jednak wymiar sprawiedliwości nie przychylił się do tego żądania. Adwokat reprezentujący podejrzanego, mecenas Bronisław Muszyński, informował jeszcze w 2010 roku, że sędziowie nie dostrzegli ryzyka wpływania na świadków ani nie uznali grożącej kary za powód do izolacji. Zlekceważono również potencjalne ryzyko zapadnięcia się oskarżonego pod ziemię. Bieg wydarzeń zweryfikował te założenia, ponieważ skazany sprawnie wymknął się organom ścigania i aktualnie ma status osoby ukrywającej się przed wymiarem sprawiedliwości.

Funkcjonariusze opierają swoje działania pościgowe na konkretnym przepisie kodeksu karnego, a mianowicie na artykule 165 paragraf 1 punkt 1. Jak czytamy w oficjalnym policyjnym komunikacie, dotyczy on poważnego przestępstwa, jakim jest:

"sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób albo dla mienia w wielkich rozmiarach poprzez powodowanie zagrożenia epidemiologicznego lub szerzenie się choroby zakaźnej albo zarazy zwierzęcej lub roślinnej"

W policyjnej bazie opublikowano bardzo szczegółowy opis wyglądu uciekiniera, który ma ułatwić jego identyfikację. Mężczyzna mierzy od 181 do 185 centymetrów wzrostu, ma jasne oczy, owalną twarz z bladą cerą oraz średnie czoło. Jego sylwetkę określa się jako muskularną i krępą, a znakiem szczególnym jest widoczna blizna zlokalizowana na plecach oraz tatuaże na łydkach. Poszukiwany nosi proste, krótkie włosy w odcieniu ciemnego blondu ułożone z przedziałkiem. W kartotece zaznaczono również, że posiada prosty nos, pełne uzębienie, średniej grubości wargi, a także standardowo osadzone oczy i przeciętnej wielkości uszy.

Dawid Bratko zbudował potężny biznes w świetle luk prawnych. Historia założyciela "Smart Shopów" trafiła na ekrany kin

Zbiegły biznesmen pochodzi z Łodzi, gdzie dorastał i ukończył szkołę średnią. Swoją karierę zawodową rozpoczynał od pracy za barem, zdobywając szlify nie tylko w ojczyźnie, ale również na wyspach brytyjskich, w tym w Londynie oraz Edynburgu. To właśnie na emigracji po raz pierwszy usłyszał o psychoaktywnych substancjach, choć początkowo nie planował wiązać z nimi swojej przyszłości. Po powrocie do rodzinnego miasta spróbował sił w branży reklamowej, otwierając własną agencję. Przedsięwzięcie to okazało się jednak mało rentowne, co skłoniło go do drastycznej zmiany branży i wejścia na rynek używek. Swój premierowy lokal pod szyldem "Smart Shop" uruchomił na łódzkiej ulicy Piotrkowskiej, mając zaledwie dwadzieścia trzy lata. Początkowo zaopatrywał się poprzez transakcje sieciowe, by z czasem przejść na bezpośredni import z innych państw. W szczytowym okresie jego kontrowersyjna sieć rozrosła się do 127 placówek w całym kraju, a on sam brylował w świetle fleszy, chętnie rozmawiając z dziennikarzami niczym prawdziwa gwiazda show-biznesu.

Potężny sukces tego przedsięwzięcia opierał się na sprytnym ominięciu przepisów dotyczących zwalczania narkomanii, gdyż składniki oferowanych specyfików nie widniały w rejestrach zakazanych chemikaliów. Asortyment sprzedawano całkowicie jawnie, maskując jego prawdziwe przeznaczenie etykietami gadżetów dla kolekcjonerów czy specjalistycznych środków chemicznych. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna, ponieważ klienci kupowali je wyłącznie w celu odurzania się. Działalność sklepów znalazła się pod lupą państwowych służb dopiero w momencie drastycznego skoku statystyk medycznych. W całym kraju lawinowo zaczęło przybywać pacjentów z ciężkimi intoksykacjami, a media obiegły informacje o tragicznych zgonach, które bezpośrednio powiązano z konsumpcją tych niebezpiecznych mieszanek.

Twórca kontrowersyjnej sieci twardo odpierał zarzuty, traktując działania organów państwowych jako celowy atak na jego rzekomo uczciwą działalność gospodarczą. Konsekwentnie odrzucał oskarżenia o łamanie prawa, mimo że w swoich wypowiedziach potrafił wulgarnie określać nabywców swoich produktów mianem "debilów". Złote czasy dla tego biznesu zakończyły się w 2009 roku, kiedy to parlamentarzyści wprowadzili kluczowe zmiany w prawie antynarkotykowym, co stało się gwoździem do trumny dla podobnych lokali. Prawdziwe trzęsienie ziemi nastąpiło jesienią 2010 roku, gdy siły państwowe uderzyły w rynek. Zmasowana akcja, w której wzięło udział trzy tysiące funkcjonariuszy policji wspieranych przez setki pracowników sanepidu, zaowocowała natychmiastową likwidacją przeszło tysiąca stu punktów dystrybucji niebezpiecznych substancji w całej Polsce.

Postać łódzkiego handlarza ponownie wzbudza ogromne emocje opinii publicznej z powodu premiery produkcji kinowej zatytułowanej "Król dopalaczy", której debiut na wielkim ekranie wyznaczono na marzec 2026 roku. Należy podkreślić, że obraz ten stanowi jedynie luźną wizję artystyczną opartą na głośnych wydarzeniach, a nie wierną rekonstrukcję faktów. Mimo to, prawdziwe losy zbiegłego przedsiębiorcy okazały się znacznie bardziej zaskakujące niż jakakolwiek filmowa fikcja. Świadczy o tym trwający wciąż pościg i nierozwiązana sprawa jego ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości.

Matka i dwoje dzieci ciężko ranni | Pokój Zbrodni