Spis treści
- Dawid Bratko udawał ofiarę. Żalił się na zwalnianie ludzi z pracy
- Od dopalaczy do napojów energetycznych. Nowy biznes Dawida Bratki
- Chałupnicza produkcja i przerażające efekty. "Horrendalne skutki zażywania tych środków"
- Finał sprawy Dawida Bratki. Kary dla "króla dopalaczy" i jego współpracowników
- Film o "królu dopalaczy" przypomina o sprawie. Dawid Bratko zapadł się pod ziemię
Pochodzący z Łodzi Dawid Bratko w rodzinnym mieście ukończył ogólniak, po czym zaczął pracować za barem. Swoje zawodowe szlify zdobywał nie tylko w kraju, ale również poza jego granicami, m.in. w stolicy Wielkiej Brytanii i Edynburgu. To właśnie na obczyźnie po raz pierwszy zetknął się ze zjawiskiem dopalaczy, choć wówczas nie planował jeszcze podobnego przedsięwzięcia. Zamiast tego powrócił do rodzinnego miasta, gdzie otworzył agencję marketingową. Interes nie przynosił jednak satysfakcjonujących zysków, co skłoniło go do podjęcia odważnej decyzji o budowie „dopalaczowego imperium”. W wieku zaledwie 23 lat otworzył pierwszy „Smart Shop” przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Początkowo towar pozyskiwał z sieci, z czasem zaczął go importować zza granicy. W szczytowym okresie jego sieć liczyła imponującą liczbę 127 sklepów na terenie całego kraju, a sam Bratko wyrósł na postać z pierwszych stron gazet, regularnie goszczącą w mediach i udzielającą wywiadów.
Jak się później okazało, cały proceder opierał się na wykorzystaniu luki prawnej w przepisach antynarkotykowych. Substancje wykorzystywane do komponowania dopalaczy nie widniały bowiem w rejestrze środków zakazanych. Przez długi czas mogły być swobodnie sprzedawane pod przykrywką artykułów kolekcjonerskich lub chemicznych, choć w rzeczywistości ich działanie miało charakter narkotyczny. Organy ścigania zainteresowały się tą sprawą, gdy w całej Polsce zaczęto odnotowywać drastyczny wzrost przypadków zatruć, a nawet śmiertelnych incydentów powiązanych z konsumpcją tych środków.
Dawid Bratko udawał ofiarę. Żalił się na zwalnianie ludzi z pracy
Mimo to Dawid Bratko nie widział problemu w swoich działaniach, utrzymując, że cała sytuacja to jedynie wymierzona w niego nagonka, a on sam prowadzi w 100% legalny biznes. W rozmowie z dziennikarzem „Dziennika Łódzkiego” Sławomirem Sową, przeprowadzonej już po zlikwidowaniu jego sklepów w 2010 roku, starał się wzbudzić litość, ubolewając nad losem zwolnionych pracowników: dyrektorów, kierowników i sprzedawców. Narzekał na zamknięcie firmy, brak dostępu do sprzętu komputerowego, internetu, a nawet kluczyków do auta, co utrudniało mu m.in. opłacenie podatków. Bratko stanowczo twierdził, że zaostrzone przepisy antynarkotykowe były wymierzone w jego firmę, a nie w niego samego, i w związku z tym uważał się za osobę niewinną, powołując się na zasadę, że prawo nie działa wstecz. W jaki sposób reagował na zarzuty dotyczące śmiertelnych ofiar jego dopalaczy?
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Przedsiębiorca ignorował niepokojące sygnały napływające ze strony mediów i służb.
"- To ciekawe, że przestało się nagle mówić o wszystkich zgonach po alkoholu, po narkotykach, a mówi się o zgonach po dopalaczach. W tej chwili wszyscy, którzy źle się czują, mówią, że to po dopalaczach. Kiedyś młody chłopak przychodził do domu po wódce i mówił, że pił tylko piwo. Teraz wypije bimber, ale mówi, że brał dopalacze. Dostaje drgawek i też mówi, że brał dopalacze. To wszystko przez media. Nie ma żadnego udowodnionego przypadku, że dopalacze przyczyniły się do czyjejś śmierci"
– przekonywał Dawid Bratko w wywiadzie, skarżąc się na rzekome nękanie i zrzucając winę za nadanie mu tytułu „króla dopalaczy” na media. Na pytanie, czy czuł wyrzuty sumienia sprzedając substancje, które mogły doprowadzić do tragedii, odparł krótko:
"– Nigdy nie miałem. Ja po prostu prowadzę biznes"
Zmieniona w 2009 roku ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii położyła kres działalności „Smart Shopów”. Nowe przepisy zakazały handlu 17 groźnymi substancjami, jednak problem nie zniknął. Sprzedawcy po prostu modyfikowali składy swoich produktów, aby ominąć prawo. Sytuacja zaostrzyła się na tyle, że ówczesny premier Donald Tusk zapowiedział bezwzględną walkę z tym zjawiskiem, zwłaszcza że na rynek wkroczyli nowi, nastawieni na szybki zysk handlarze.
Prawdziwy cios nadszedł w październiku 2010 roku, kiedy to setki inspektorów sanitarnych wspieranych przez tysiące funkcjonariuszy policji zamknęło przeszło 1100 punktów sprzedaży dopalaczy. Dawid Bratko nie zamierzał jednak się poddawać. W świetle kamer demonstracyjnie zerwał plomby ze swojego sklepu i kontynuował sprzedaż, utrzymując, że oferuje odczynniki chemiczne. Ta zuchwała akcja zakończyła się jego zatrzymaniem i oskarżeniem o złamanie przepisów sanitarnych, co mogło skutkować dwuletnim pobytem za kratkami. Premier Tusk potępił jego działania, uznając je za próbę zachęcania innych do łamania prawa.
"- Weszliśmy, zamknęliśmy. Będzie siedział. Będzie penalizacja z tego tytułu na sto procent, dzięki temu, że mamy jeszcze przepisy, które za złamanie decyzji sanitarnej, nie za posiadanie dopalaczy, tylko za złamanie decyzji, to umożliwia. Ten, kto to zrobił, będzie odpowiadał na drodze karnej"
– zapowiadał premier.
Od dopalaczy do napojów energetycznych. Nowy biznes Dawida Bratki
Po długim czasie Dawid Bratko zmienił profil swojej działalności. W 2011 roku poinformował, że zajmie się dystrybucją napoju energetycznego „Szopkop”, angażując się osobiście w kampanię promocyjną jako jej twarz. Zapewniał, że definitywnie odcina się od dopalaczy, a zyski ze sprzedaży przeznaczy na wsparcie dla utalentowanej młodzieży. Jego kolejne przedsięwzięcia, w tym lokal gastronomiczny w Toruniu, nie przyniosły mu jednak oczekiwanego sukcesu. Według doniesień mediów próbował ponownie zaistnieć w branży dopalaczy, jednak bez powodzenia. O swoich dawnych klientach wypowiadał się z lekceważeniem:
"– Moi klienci to debile"
– rzucił niegdyś. Te słowa na stałe wpisały się w medialny wizerunek „króla dopalaczy”, obok doniesień o jego rzekomym bogactwie. Sam Bratko chwalił się, że jego roczne dochody sięgają pięciu milionów złotych, co pozwalało mu na luksusowe życie, posiadanie apartamentu, dwóch aut marki Porsche oraz mieszkania na Lazurowym Wybrzeżu.
Wkrótce jednak sprawiedliwość upomniała się o Dawida Bratkę. Do prokuratury zaczęły zgłaszać się osoby poszkodowane przez jego produkty. Ofiary opisywały przerażające skutki zażycia specyfików, od problemów ze wzrokiem i halucynacji po drgawki, utratę przytomności, problemy z oddychaniem, stany depresyjne czy napady agresji. W najtragiczniejszych przypadkach dochodziło nawet do zatrzymania krążenia.
Czytaj także: Daniel zabił i przerobił jej psa na smalec, Justyna wbiła mu nóż w serce. "Kochała zwierzęta nad życie"
Wydawało mu się, że jest nietykalny, bo w teorii oferował produkty dla kolekcjonerów z wyraźnym ostrzeżeniem przed spożyciem. Prawda była jednak powszechnie znana. Nazwy specyfików nie pozostawiały złudzeń, do czego służą. Za przygotowanie mieszanek odpowiadali chemicy Ireneusz C. i Piotr P., którzy zeznali w sądzie, że przepisy czerpali z sieci. Z ich relacji wynikało, że Dawid Bratko akceptował wszelkie receptury, byle tylko nie zawierały zakazanych substancji i były opłacalne.
Chałupnicza produkcja i przerażające efekty. "Horrendalne skutki zażywania tych środków"
Proces wytwarzania był daleki od profesjonalizmu. Do mieszania składników używano zwykłego blendera, łącząc przypadkowe rośliny z lekami, substancjami uspokajającymi, a niekiedy nawet dodając cukier puder czy aromaty. Pod karą zwolnienia zabroniono pracownikom sugerowania, że produkty nadają się do konsumpcji. Nacisk kładziono natomiast na atrakcyjne opakowania i etykiety, by podtrzymać iluzję „artykułów kolekcjonerskich”.
Gdy organy ścigania zlikwidowały jego biznes, zagrażający według nich życiu i zdrowiu konsumentów, Dawid Bratko przesiadł się z luksusowych aut do używanej skody. Jego nowym zajęciem stało się gotowanie w jednej z restauracji. Choć śledztwo w jego sprawie trwało, uniknął aresztu i oczekiwał na wyrok na wolności. W 2014 roku powrócił na radar policji po zakupie chemikaliów wartych 81 tysięcy złotych. Podejrzewając go o próbę wznowienia produkcji dopalaczy, funkcjonariusze zatrzymali go ponownie, lecz po opłaceniu kaucji w wysokości 60 tysięcy złotych odzyskał wolność.
W akcie oskarżenia ostatecznie postawiono mu zarzut sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia na masową skalę poprzez dystrybucję dopalaczy, za co groziło mu 8 lat więzienia. Oprócz tego usłyszał zarzuty związane ze zleceniem porwania biznesmena, który zawiódł go w interesach w 2014 roku, za co przewidywano do 12 lat odsiadki. Razem z nim oskarżono współpracujących z nim chemików – Ireneusza C. i Piotra P.
Finał sprawy Dawida Bratki. Kary dla "króla dopalaczy" i jego współpracowników
Pod koniec stycznia 2019 roku zapadł wyrok w głośnej sprawie Dawida Bratki. Sąd Okręgowy wymierzył mu karę 3,5 roku pozbawienia wolności i zasądził grzywnę w kwocie 30 tysięcy złotych. Podczas ogłaszania decyzji podsądny nie pojawił się na sali rozpraw. Jego wspólnicy również nie uniknęli odpowiedzialności: Ireneusz C. został skazany na cztery lata, a Piotr P. na trzy lata więzienia. Karę pół roku ograniczenia wolności poprzez prace społeczne otrzymał także Łukasz K., który zignorował zakaz i prowadził punkt sprzedaży dopalaczy.
Czytaj również: Bracia zdarli z Anety ubrania, rozłupali czaszkę i wykorzystali. Nie przeżyła. "Bo była brzydka"
Przewodnicząca składu orzekającego, sędzia Edyta Markowicz, opierając się na ekspertyzach, podkreśliła ogromną toksyczność sprzedawanych środków, wskazując, że życie lub zdrowie co najmniej sześciu osób zostało bezpośrednio zagrożone. Badania toksykologiczne potwierdziły, że konsumpcja tych specyfików wiązała się z poważnymi skutkami ubocznymi, takimi jak ataki paniki, halucynacje, problemy z ciśnieniem i pracą serca.
Rozprawa, podczas której zeznawało ponad stu świadków, ciągnęła się przez trzy lata. Obie strony – zarówno prokuratura, jak i obrońcy – zapowiedziały wniesienie apelacji od wydanego wyroku, który w tamtym czasie nie był jeszcze ostateczny.
Film o "królu dopalaczy" przypomina o sprawie. Dawid Bratko zapadł się pod ziemię
Zainteresowanie postacią Dawida Bratko odżyło za sprawą produkcji filmowej „Król dopalaczy”, zaplanowanej na marzec 2026 roku. Choć film czerpie z autentycznych wydarzeń, nie jest dokumentem o życiu Bratki. Opowiada on o drodze na szczyt zwykłego mężczyzny, który stworzył imperium dopalaczy, stając się milionerem, podobnie jak Jordan Belfort w „Wilku z Wall Street”. W oficjalnym opisie czytamy m.in. o nagłej popularności, luksusie, starciach ze światem przestępczym i niejasnych powiązaniach na szczytach władzy, a także o konflikcie z nieprzekupnym stróżem prawa, który stawia pod znakiem zapytania przyszłość głównego bohatera.
Jednocześnie w przestrzeni publicznej powróciły spekulacje dotyczące tego, czy Dawid Bratko był faktycznym pomysłodawcą swojego biznesu. Nie brakuje opinii sugerujących, że był on jedynie marionetką, tzw. „słupem”, sterowaną przez zorganizowaną grupę przestępczą, ponieważ sam nie poradziłby sobie z takim przedsięwzięciem. Teoria ta, mimo upływu czasu, nigdy nie doczekała się jednak oficjalnego potwierdzenia.
Okazuje się również, że wyrok więzienia dla Dawida Bratko nigdy nie został wykonany. Dotarliśmy do informacji, z których wynika, że w wyniku postępowania odwoławczego jego kara uległa podwyższeniu do 4 lat i 10 miesięcy. Prawomocne orzeczenie w tej sprawie zapadło 20 marca 2023 roku, lecz skazany nie zgłosił się do zakładu karnego.
"- Sąd Okręgowy w Łodzi zarządził poszukiwania listem gończym skazanego Dawida B., z uwagi na fakt, iż skazany nie zgłosił się do odbycia kary pozbawienia wolności i w wyniku przeprowadzonych czynności nie doprowadzono do jego zatrzymania"
- przekazał nam sędzia Grzegorz Gała, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Łodzi.
Do tej pory Dawid Bratko oficjalnie figuruje jako osoba poszukiwana przez organy ścigania.